Od dziecka borykałam się z moim dziwnym ciałem - wątłe, wiotkie, łatwo siniaczące się, dyslokujące i sublokujące, obolałe, nieskoordynowane. Wieczne bóle kręgosłupa, stawów, nerwobóle, depresja, problemy ze strony układu pokarmowego, zawroty głowy, arytmia i wiele innych. Sanatoria, szpitale, ciągłe badania i ciągle brak diagnozy, a poprawy żadnej. Całe moje dzieciństwo i dojrzewanie to ból i brak zrozumienia. Moja aktywność z wiekiem spadała, szybko się męczyłam. Byłam sfrustrowana, czułam się gorsza od innych, miałam się za mięczaka. Z czasem bardzo ograniczyłam ruch ( jednak chadzałam do klubów studenckich, żeby się wytańczyć. Ludzie mówili, że tańczę tak jakby tylko egzorcyzmy mogły mnie zatrzymać i chyba tylko wtedy nie czułam bólu). W końcu moje biodra i kolana całkiem wysiadły i zostałam zmuszona do prawie rocznego bezruchu. Groził mi wózek, nie mogłam pracować. Kiedy zniszczona chrząstka i kontuzje się wyleczyły mogłam zacząć rehabilitację. Miałam wtedy 27 lat. Po prawie dwóch latach fizjoterapii stwierdziłam, że podobne ćwiczenia mogłabym wykonywać przy drążku. Może mogłabym nawet trochę tańczyć? Skąd ten pomysł? - moja Mama była tancerką klasyczną. Kiedy się urodziłam prowadziła już własny zespół, ale odeszła od klasyki. O jej metodach może świadczyć sama nazwa zespołu - Isadora. Tańczyłam u Niej kilka lat. Rozciągnięta, ale z beznadziejną propriocepcją. Poza plie i pięcioma pozycjami rąk i nóg nie mieliśmy w zespole za dużo do czynienia z techniką klasyczną. Tańczyliśmy głównie tańce polskie. Przez swoje przykre doświadczenia ze szkoły baletowej, Mama nie pozwoliła mi iść na przesłuchanie kiedy był na to czas. Może i dobrze, bo przy mojej chorobie OSB skończyłabym pewnie zupełnie zrujnowana zdrowotnie i nie nadająca się do tańca już nigdy. No ale, jak to powiedział Bejart - "kto zakosztuje tańca, nigdy go nie zdradzi". Kiedy tak zaczęłam się intensywnie rehabilitować wróciłam do delikatnego pląsania po domu. Dla przyjemności, żeby znów poczuć jakie to fantastyczne uczucie. Kto próbował tańczyć kiedyś w ten sposób wie, że to czasem trudniejsze niż wtedy, gdy wszyscy patrzą. Wstydzimy się swoich tańczących ciał kiedy nie ma nikogo, kto by to oceniał. To dziwne, ale tak właśnie jest.
No więc, tak sobie tańcowałam, głównie przy muzyce latino i irlandzkiej, nadal jednak, ponieważ czego oczy nie widzą tego sercu nie żal, trzymałam się z daleka od jakichkolwiek spektakli baletowych, musicali, nie oglądałam filmów o takiej tematyce, nie rozmawiałam o tym. Mojej Mamie musiało być bardzo przykro, bo robiłam wrażenie, że nie interesuje mnie jej działalność. Chętnie dołączałam z gitarą i śpiewem do jej przedstawień, ale wątki taneczne pomijałam, wolałam siedzieć w garderobie, odmawiałam oglądania nagrań. Aż któregoś dnia dwoje dzieci z zespołu wystartowało do szkoły baletowej. Dostali się (dziś jedno z nich jest tancerzem zawodowym). Przyjaźniłam się z ich rodzinami, bywałam u nich, widziałam więc jak rośnie w nich pasja, z jakimi wypiekami pokazują sobie nowe kroki, wymieniają terminy. Te dzieciaki zaczęły mnie wciągać w ten świat. Coraz łatwiej się temu poddawałam. Improwizowałam kiedyś z Kasią, kiedy jej mama patrząc na mnie stwierdziła, "już nie wiem - czy ty piękniej śpiewasz, czy tańczysz". Wszystko wróciło. Nie mogłam przestać oglądać, rozmawiać, chodzić na spektakle, słuchać muzyki z baletów, myśleć o nich. Zajeżdżając już chyba po raz setny płytę z "Lord of the dance" zaryczana napisałam do Mamy, że tak mi z tym źle, że te wszystkie marzenia z dzieciństwa o tańcu nigdy się nie spełniły, i że czasem lepiej chyba nie mieć żadnych marzeń. A Ona mi na to krótko "ja wierzę, że możesz jeszcze tańczyć. Tańcz bo z tańcem ci do twarzy!" Na zachętę podarowała mi też pierwsze pointy (reszta rodziny i znajomi raczej pukali się się w czoło, pytając po co mi to). Przeprowadzaliśmy się wtedy do Manchesteru. Nie znałam jeszcze swojego nowego adresu, ale już wiedziałam gdzie jest szkoła tańca. Stanęłam przy prawdziwym drążku w wieku 29 lat. Zajęcia raz lub dwa razy w tygodniu po godzinie. Niewiele, co? Ale dawały mi radość. Byłam beznadziejna więc gdy robiłam postępy nie posiadałam się z radości. Odżyło we mnie wewnętrzne dziecko, to przyjemne uczucie. Gdy skończyłam 30 lat dodatkowo zaczęłam chodzić na flamenco i jazz. Na początku było w porządku, ale dolegliwości ze strony aparatu ruchowego zaczęły się mocno nasilać. Całymi tygodniami walczyłam z bólem uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie. Wreszcie, gdy miałam 32 lata ustalono, że cierpię na Zespół Ehlersa-Danlosa, typ hipermobilny. Specjaliści zwrócili też uwagę na pewną rzecz - wciąż byłam szczupła (przy ZED otyłość jest bardzo częsta z uwagi na ograniczony ruch i problemy z przemianą materii), wciąż jeszcze nie sztywniały mi stawy (paradoksalnie przy stawach nadruchomych tak się dzieje, dlatego, wbrew pozorom, konieczne jest odpowiednie rozciąganie), w ogóle jak na takie słabe i niewydolne więzadła, ścięgna i mięśnie byłam w całkiem niezłej kondycji. Ludzie w moim wieku z tą chorobą często chodzą o kulach lub już poruszają się na wózku. Tajemnica się wyjaśniła gdy powiedziałam, że ćwiczę jogę, pilates i tańczę. W szpitalu moja doktor od ZED powiedziała mi na do widzenia - "nie zmieniaj trybu życia a nie będziesz tu musiała jeszcze długo wracać". Zostałam skierowana na terapię dłoni, kurs dla osób z chorobami długotrwałymi (wtedy nauczyłam się ile korzyści przynoszą techniki relaksacyjne) i fizjoterapię (zrezygnowałam z niej szybko, bo ćwiczenia przy drążku okazały się bardziej pożyteczne). Całe szczęście mój typ jest najłagodniejszy ze wszystkich w ZED i jak się okazuje, mogę spowolnić działanie choroby! Jednak załamanie mnie nie ominęło. Przez całe lata miałam nadzieję, że w końcu ktoś mnie zdiagnozuje i będę mogła się leczyć, że to będzie coś co da się wyleczyć, ale na ZED nie ma lekarstwa, jest tylko postępujące niszczenie całego organizmu. Miałam kryzysy, zwłaszcza na zajęciach, gdy patrząc w lustro myślałam o tym, że nie tylko nie będę robić postępów, ale moja technika i warunki będą się pogarszać.
A jednak- taniec już okazał się dla mnie ratunkiem, choć dopiero się o tym dowiedziałam. Po kilku tygodniach kryzysu postanowiłam znaleźć sobie dobrego psychoterapeutę, po czym zmieniłam pomysł i znalazłam dobrego fizjoterapeutę. Uświadomiłam sobie, że to, że nie mogę tańczyć tak, jakbym chciała, nie znaczy, że nie mogę tańczyć wcale. Nie rezygnuje się z życia tylko dlatego, że nie zawsze wygląda tak, jak sobie wymarzyliśmy. Tymczasem ono może nas jeszcze mile zaskoczyć. Hah, jeszcze nie wiedziałam ile cudownej prawdy jest w tym moim odkryciu :)
Każdego dnia ćwiczyłam, tak jak ustalił to ze mną fizjoterapeuta. Pilnowałam się na lekcjach, by nie przeprostowywać łokci, kolan, palców, utrzymywać prawidłową postawę (same korzyści dla techniki), zmieniłam dietę, doposażyłam dom w rzeczy ułatwiające funkcjonowanie, nauczyłam się dobrych nawyków. Co najważniejsze - przestałam się krytykować, porównywać z innymi i przejmować tym, co o mnie myślą. Moi instruktorzy wiedzą o moich problemach. Prosiłam, by szczególnie zwracali mi uwagę, kiedy robię coś nieprawidłowo, bo to dla mnie wręcz niebezpieczne (na początku nic mi nie mówili, myśleli, że tak będzie uprzejmiej, skoro choruję). Po kolejnych latach okazuje się, że stan mojego kręgosłupa i stawów pogarsza się nieznacznie, lepiej sobie radzę z bólem, nie mam takich problemów z koordynacją, propriocepcją i pamięcią, jakie powinnam mieć w tym wieku przy swojej chorobie. Ostatnio badająca mnie specjalistka podolog powiedziała, że nigdy nie widziała tak wiotkich stóp (a zajmuje się hipermobilnością), tak uszkodzonych i jednocześnie w tak fantastycznym stanie. Wspomniałam, że tańczę, ona, że to nie to, no to mówię, że balet, flamenco, współczesny, jazz i chiński, mówi, że stopy owszem są dzięki temu mocne, ale kostki pracują inaczej - lepiej niż u osób z nadruchomością. Wtedy przyznałam (z niepokojem), że mam również zajęcia na pointach . A ona na to - no i mamy wyjaśnienie, gratuluję.
Jeszcze jakieś wątpliwości, że nigdy nie jest za późno i że taniec ma sens?
Reasumując - dlaczego warto?
1) dla ciała
- poprawia koordynację
- nabywasz większej gracji
- utrzymanie prawidłowej postawy na co dzień staje się naturalne
- lepsza świadomość przestrzeni i własnego ciała
- twoje ciało staje się bardziej giętkie, silniejsze i piękniejsze
2) dla ducha
- twój własny wysiłek inspiruje cię do doceniania i szukania kontaktu ze sztuką tańca, stajesz się prawdziwym koneserem
- zaczynasz doceniać nawet małe postępy, a to przenosi się na inne płaszczyzny życia
- robisz coś dobrego dla siebie, zatem dopieszczasz swoją psychikę
- uczysz się nowych rzeczy, co zbawiennie wpływa na pamięć i koncentrację
- pokonujesz własne słabości, nabierasz więcej pewności siebie
- jeśli tańczenie to niespełnione marzenie z dzieciństwa, to w końcu masz okazję rozwiązać ten problem
- na zajęciach dla dorosłych nie ma rywalizacji, jest wspieranie się, dodawanie sobie otuchy i dopingowanie. Łatwo w takim środowisku nawiązać nowe znajomości czy wręcz przyjaźnie, często z niezwykłymi i inspirującymi ludźmi
- w ćwiczeniach i tańcu wyzwalają się hormony szczęścia - endorfiny
Nie możesz zwlec się z sofy, ale człapiesz na te zajęcia i potem... nie możesz przestać ćwiczyć, wyganiają cię z sali a ty jeszcze chcesz potrenować obroty, skoki, załapać kombinację, która dała ci tego dnia w kość. Choćby nie wiem jak ciężki był trening, czujesz się lekko.
Dodam jeszcze bardzo od siebie - rozpiera cię duma, bo się nie poddajesz, bo walczysz i wygrywasz...pląsająco!
mój pierwszy "dorosły" występ, kwiecień 2009 - flamenco alegria (jestem pierwsza z lewej)
następny dopiero prawie rok później - tango flamenco, maj 2010
pierwszy raz w jazzie (z tyłu) - maj 2010 (jeszcze nie kontroluję hipermobilnych ramion, jeszcze
nawet o nich nie wiem)
listopad 2010 - przed moim pierwszym układem klasycznym (jestem w pierwszym rzędzie, pierwsza od lewej, opieram się o ramię koleżanki, ciągle nie jestem pewna czy powinnam wystąpić, jestem tu wciąż początkująca a to grupa dość zaawansowana, moje samopoczucie było dalekie od czucia się prawdziwą tancerką: wydawałam się sobie niezdarna, brzydka i gruba (nieważne, że dopiero co tańczyłam przed pełną widownią swoją ukochaną seguiriyę i mogłam być z tego wykonania dumna), chciałam uciec, ale udało mi się ogarnąć i wystąpić. Nie było to najwyższych lotów, jednak dla mnie stanowiło ważne doświadczenie.




